Zostawmy dziś Alicję z
jej pigułkami (z których jedna czyni cię większym, druga mniejszym, zaś ta,
którą dała ci matka, nie jest w stanie zdziałać niczego…) i skupmy się na
innych pannach i młodzieńcach opiewających blaski i cienie psychodelicznej
„wycieczki do głowy”. Oto bowiem nad wyraz subiektywny (czyż w tej materii
można jednak pokusić się o jakikolwiek inny?) przegląd najlepszych piosenek o
„byciu na haju”. Czy powinniśmy dziwić się, że większość z nich pochodzi z
gorących, „odlotowych” lat 1967 i 1968? Kolejność pozycji nie bez znaczenia –
starałem się bowiem stopniować dramaturgię:
10.
Mike Bloomfield & The Electric Flag, Peter’s
Trip, 1967
Zacznę od nieoczywistej
oczywistości, niekiedy bowiem warto jest parafrazować klasyków. Oczywistość tej
pozycji sprowadza się do tego, że pochodzi ona ze ścieżki dźwiękowej do
„kultowego” filmu Rogera Cormana „The Trip” z Peterem Fondą, Dennisem Hooperem
i Susan Strasberg w rolach głównych. Scenariusz Jacka Nicholsona nie pozostawia
złudzeń, iż obraz ten jest owocem psychodelicznych fascynacji amerykańskiej
popkultury końca lat 60. – halucynacje nawarstwiają się aż po granice koszmaru,
zaś tytułowy „trip” okazuje się ostatecznie tyleż dramatyczny co pociągający.
Nieoczywiste jest zaś to, że w istocie nie jest to piosenka lecz melodyczny
temat powracający kilkukrotnie w filmowej narracji. Napisał go jeden z
najwspanialszych żydowskich gitarzystów bluesowych swego pokolenia, Mike
Bloomfield – niestety także ofiara bardzo złego „tripu” w San Francisco, 15
lutego 1981 roku.
9.
The Zipps, Marie Juana, 1967
The Zipps byli zapewne
najbardziej niesamowitym zjawiskiem na niderlandzkiej scenie beatowej w połowie
lat 60., będąc przykładem formacji psychodelicznej związanej ściśle z
amsterdamskim ruchem PROVO (i działającej krótko w latach 1965-1969). Zipps
pozostawili po sobie zaledwie kilka singli, w tym kultowy Marie Juana
oraz legendarną epkę Beat & Poetry (1966), przynoszącą zdumiewający
mariaż rockandrollowej ekspresji, prepunkowej poetry in action oraz
provosowskiego agit-popu. Popełnili też zdumiewającą radiową audycję LSD 25
Interview, w której rekomendowali poszerzające świadomość substancje
psychoaktywne jako odtrutkę na szarą rzeczywistość, przeplatając swe wywody koncertowym szlagierem pod niewinnym tytułem LSD 25. Wyróżnienie
przypada im jednak nie za zasługi, lecz za uczciwą porcję wysokoenergetycznego
rock and rolla z wywrotowym przesłaniem.
8.
Fabien Collin, Mariwana maruwana, 1967
O „Maryśce” po flamandzku,
z Dylanowskim zaśpiewem. Już to starcza na miejsce w pierwszej dziesiątce… Ale
przecież jest to fantastyczny, folkowy protest song wprost z ulic Amsterdamu
wojującego w roku 1967 o „wolne zioło”! I jakaż piosenka! Nie śpiewam jej przy
goleniu wyłącznie dlatego, że w ogóle nie śpiewam przy goleniu (po flamandzku).
Collin miał zaś w repertuarze jeszcze kilka świetnych, zaangażowanych piosenek
(„Water En Brood”, „Ophoepelen”), rozproszonych, niestety, na singlach, a dziś
dostępnych na zjawiskowych składankach sceny PROVO.
7.
Babs, Marina & de Hippe Vogels, L.S.D.,
1967
Pozostajemy w
Niderlandach, choć ten akurat utwór trudno będzie opisać – trzeba go posłuchać.
Wodewilowa apoteoza LSD po niderlandzku? Chyba tak… W końcu to fragment
większej całości – musicalu „De Stunt”, zaś w samej piosence nazwa substancji
odurzającej pada podobno aż 22 razy, co czyni z niej swoistą litanię. Tylko w
okolicach roku 1967 tak beztrosko psychodelizowano szacowną, mieszczańską
kulturę mas. Warto o tym pamiętać, słuchając „hipisowskich ptaszków” i ich
nieco staroświeckiej, choć przecież wywrotowej piosenki!
6.
France Gall, Teenie Weenie Boopie,
1967
Zazwyczaj pamiętamy
France Gall jako „dziewczynę od Gainsbourga”, dokładniej zaś jako tę nieco
perwersyjną nastolatkę, która zaśpiewała z Sergem (nie)dwuznaczną erotycznie
piosenkę „Les Sucettes”, traktującą o urokach francuskiej miłości. Jak się okazuje
niesforna France gustowała jednak w rozmaitych łakociach, spośród których nie
najmniej istotnym był dietyloamid kwasu D-lizergowego, znany powszechnie jako
LSD. Nie powinno nas dziwić, że piosenkę o „mrocznych urokach” nie-cytrynowego
kwasku napisał dla niej również monsieur Gainsbourg. W zamyśle rzecz miała być
przestrogą przed „zakwaszaniem” nastoletnich mózgów. Wyszło jednak jak zwykle u
Gainsbourga, czyli z nutką obscenicznej fascynacji… Wystarczy obejrzeć
teledysk, do czego szczerze zachęcam.
5.
Banda Peace & Love, Mariguana,
1971
Właściwie wystarczyłoby
napisać, że to Meksykanie… Ale nie wystarczy, bo „banda” była tyleż „dzika”, co
„genialna”. Potężne meskalinowe wibracje i gwałtowne podmuchy dęciaków zmiatały
ze sceny siermiężne resztki rozumu, jakie ostały się po niezliczonych
grzybobraniach z „Atlasem grzybów halucynogennych” pod pachą. „Mariguana”
posiada na dodatek ujmujący w swej prostocie, jednozdaniowy refren: „I wanna be
a hippie, and I wanna be stoned!”. Teraz wystarczy.
4.
Susan Christie, Yesterday, Where’s My
Mind, 1969
Muszę przyznać
uczciwie, że „Yesterday, Where’s My Mind” z repertuaru The Box Tops jest
zdecydowanie moją ulubioną muzyczną opowieścią o „wrzucaniu kwasu”. Pomijając
już znakomitą, ekstatyczną, bluesową muzykę (czy nie słyszałem tego riffu u
Tadeusza Nalepy?), rzecz ma niebagatelną dramaturgię o intensywności porządnego
Hitchcockowskiego thrillera i skrzący się paradoksami tekst, świadczący o
wiedzy popartej doświadczeniem („I have seen thunder, I have heard lightning”).
To, co w szorstkiej, gardłowej interpretacji Alexa Chiltona było jednak li
tylko relacją z „męskiej przygody” z psychodelikami, w eterycznym wydaniu Susan
Christie staje się niepokojącym wyznaniem niebezpiecznej zabawy niegrzecznej
dziewczynki, budząc cokolwiek perwersyjne zainteresowanie słuchacza. Zaś
finałowy okrzyk „Where’s My Mind?”, wydaje się najtrafniejszym podsumowaniem
eksperymentalnego poszerzania świadomości.
3.
Danny Ben Israel, Kathmandu, 1968
Jeśli piosenka Christie
miała konstrukcję thrillera, to kompozycja izraelskiego bitnika, Danny’ego Ben
Israela przypomina raczej solidny, choć niskobudżetowy, film katastroficzny.
Piosenkowa narracja rozpada się tu po kilku minutach, by przez następnych
kilkanaście dryfować od psychodelicznego jamu po swobodną improwizację i kakofonię.
Pretekstu dostarcza muzyczna opowieść o mitycznej wyprawie do Katmandu, gdzie „najlepsze
zioło rozdają na ulicach”. „Kathmandu” to fragment większej całości – concept albumu
pod takim właśnie tytułem – nagranego dość przypadkowo w Tel Avivie podczas
sesji nagraniowej słynniejszej płyty Danny’ego – „Chantarish 3¼” – pierwszego
psychodelicznego wydawnictwa w języku hebrajskim! Takich „odrzutów z sesji”
mogą dziś pozazdrości największe gwiazdy rock and rolla!
2.
Master Musicians of Joujouka, Brahim
Jones Joujouka Very Stoned, 1968
Pamięć ludzka bywa zawodna,
pamięć pieśni pozostaje nieubłagana. Gdy w roku 1968 gwiazdor sceny pop, Brian
Jones, przybył do Maroka, by uwiecznić i udostępnić światu muzykę górali z Joujouki,
pozostawił po sobie intrygujące wspomnienie – człowieka nieustannie palącego
kif. Jones odurzony obserwował ofiarniczą ceremonię przy akompaniamencie pasterskich
piszczałek i koźlich bębnów, równie odurzony nagrywał marokańskich muzyków i
odurzony opuszczał egzotyczną krainę. Górale zachowali we wdzięcznej pamięci
gitarzystę The Rolling Stones, dedykując mu pieśń. Ekstatyczną i transową.
Pieśń, która do dziś wybrzmiewa na koncertach The Master Musicians of Joujouka. I której refren pozostaje
niezmiennie wzruszający: „Ah Brahim
Jones/ Joujouka Rolling Stone/ Ah Brahim Jones/ Joujouka really stoned”.
1. Jaroslav Celba, Pohádky z mechu a kapradí, 1968
Kończę oczywistą nieoczywistością i dziełkiem poza wszelką konkurencją. Mało
kto pamięta dziś, że Czesi prowadzili jedne z pierwszych badań nad
zastosowaniem LSD w terapii psychiatrycznej (Miloš Vojtěchovský w Pradze w latach 50. minionego stulecia). Całkiem
niedawno przeczytałem też dość paranoiczną lecz fascynującą hipotezę Terence’a
McKenny poświęconą czeskim animatorom zatrudnionym przez wytwórnię Disneya do
pracy nad ekranizacją „Alicji…” ze względu na ich obycie z psychodelikami
(meskaliną). Czemuż więc dziwić się, że poczciwi Żwirek i Muchomorek wywołują
takie skojarzenia? To,
że bohaterowie tej animowanej serii są nieźle zakręceni i jakby nieustannie „pod
wpływem” wydaje się oczywiste – wystarczy przypomnieć, iż jeden z odcinków nosi
znaczący tytuł: „Jak Żwirek i Muchomorek nie wiedzieli, co się dzieje” („Jak Křemílek a Vochomůrka nevěděli, co se děje”). Protagoniści tej opowieści czynią zresztą
nieustannie rzeczy stawiające ich w stanie „psychodelicznego podejrzenia” – a
to zbierają grzyby i błądzą w lesie, a to „przygarniają Śnieżynkę” (hm…), a
wreszcie śnią sny czarne i koszmarne… Aha! To oczywiście również nie jest
piosenka, lecz melodyczny temacik w klimacie folkowo-onirycznym, o niewątpliwym
i nieodpartym uroku. Jakież to jednak może mieć znaczenie w wypadku historyjki
z życia naćpanych skrzatów?










