niedziela, 27 kwietnia 2014

Starość Bywa Bolesna


Zawsze uważałem, że jednym z najbardziej miarodajnych kryteriów  (za)wartości muzycznej koncertów była atmosfera poprzedzająca pojawienie się artystów na scenie. Pamiętam leniwe ładowanie lufek przed dawnymi koncertami Izraela, wąsatych jegomościów wymieniających uwagi o modelach gitar Steve’a Vaia, zaś oczekując na toruński występ SBB, podsłuchałem niechcący wymianę zdań dwóch pięćdziesięciolatków, z których jeden doradzał drugiemu: „Wiesz, hemoroidy usuwa się dziś także nieoperacyjnie”. Cóż…
Starszych panów z SBB poprzedził niedługi (lecz i tak zbyt długi) występ formacji z nurtu rocka regresywnego, której muzycy wyznawali zdumiewającą zasadę głoszącą, że utwór jest tym lepszy, im więcej dźwięków uda się weń upchnąć. Pominę go raczej, gdyż z natury nie jestem wredny. Ponieważ jednak moja zdolność oglądania cudzych aktów autoerotycznych jest dość ograniczona, odpadłem dość wcześnie. Powiem tylko, że w połowie koncertu odczułem nieoczekiwany i nagły przypływ ciepłych uczuć do Iron Maiden, o których można powiedzieć choćby to tylko, że z pewnością są zabawni. Na plus tego show mogę zaliczyć wyłącznie opinię Justyny, która zauważyła, że gitarzysta grupy miał najstaranniej wypielęgnowane włosy, jakie kiedykolwiek widziała u muzyka. To już coś…

A potem zagrało SBB. Właściwie nie bardzo wiem, czego spodziewałem się po tym występie. Szedłem na niego, oczekując raczej złych niż dobrych wrażeń, więc powiem uczciwie, że koncert wypadł nieźle – muzycy zagrali energetycznie, dość spontanicznie i świeżo, choć przecież nie młodzieńczo. Oczywiście – w konfrontacji z supportem panowie Skrzek, Piotrowski i Apostolis wypadli jak profesorowie, grający tylko to, co trzeba i niewiele więcej. A jednak przez cały czas miałem wrażenie, że muzyka SBB wykazuje po latach duże „zmęczenie materiału”. Tam gdzie zmierzała w stronę hałaśliwego blues-rocka czy jazz-rocka brzmiała nieźle i z mocą, lecz wszędzie tam gdzie osuwała się w domenę elektronicznego art-rocka brzmiała dość archaicznie i pretensjonalnie. Choć była przyjmowana owacyjnie, może więc mylę się w swoich ocenach. Miałem jednak wrażenie, że owacje te to raczej sentymentalny hołd składany tytanom rodzimej sceny progresywnej przez starzejących się fanów w koszulkach Focus, Deep Purple i Rush. Cóż… Starość Bywa Bolesna, na szczęście „hemoroidy usuwa się dziś także nieoperacyjnie”.

piątek, 25 kwietnia 2014

Muzyka z pudełka


Po części za sprawą wiosennych porządków, po części zaś z powodu poszukiwania na półkach miejsca dla boxu Mirona Białoszewskiego, stanąłem nieoczekiwanie przed stertą pudełek z muzyką. I bynajmniej nie mam tu na myśli takich oto pudełek:

z których zawsze można dobyć porcję nielichych dźwięków, lecz o pokaźny stosik  monograficznych, tematycznych i retrospektywnych boksów z płytami mniej lub bardziej znanych, lecz zawsze znakomitych wykonawców.

Magma, Studio Zünd. 40 ans d’évolution, Le Chant du Monde 2008


Trzon tego wydawnictwa stanowią klasyczne albumy formacji Magma: „Kobaïa”, „1.001 Centigrades”, „Mëkanïk Dëstruktïw Kömmandöh” i „Köhntarkösz” – pochodzące z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych i gromadzące obszerny fragment kobaiańskiej sagi. Na płytach najwcześniejszych, a także na nagraniach z, gromadzących rozmaite inedita, płyt „Archiw I & II” wyraźnie słyszalne są zarówno najistotniejsze w owym czasie dla Vandera wpływy coltrane’owskie, jak i silne oddziaływanie zelektryfikowanego, nasyconego psychodelią minimal jazzu spod znaku Soft Machine – wzbogaconego tu jednak ekstatycznymi partiami solowymi poszczególnych instrumentalistów oraz charakterystycznymi dla wszystkich niemal dokonań Magmy chóralnymi partiami wokalnymi o wyrazistym, zrytmizowanym charakterze. Nie bark oczywiście również wycieczek w kierunku undergroundowego rocka, którego ekspresja równoważy subtelne pasaże instrumentalne. Bardzo ciekawie wypada na tym tle inna z wczesnych płyt Vandera – wyjątkowo rzadko wznawiana, choć stanowiąca integralną część kobaiańskiej narracji – „Wurdah Ïtah”, zawierająca muzykę do filmu Yvana Lagrange’a „Tristan et Iseult” – zarejestrowaną w kwartecie, z liderem przy fortepianie!, i bliską jazzowej kameralistyce. Prócz wspomnianych płyt w zestawie odnajdziemy również późniejsze, uważane przez część fanów za dość kontrowersyjne, albumy „Üdü Wüdü”, „Attahk” i „Merci” z silniejszymi wpływami elektroniki i zdradzające zwrot grupy ku nieco prostszym i bardziej „piosenkowym” formom muzycznym. Całość wieńczy ostatnie wydawnictwo Magmy – „K.A.”, czyli „Köhntarkösz Anteria” – zarejestrowana w roku 2004 kompozycja Vandera z roku 1972 – zaskakująca świeżością i bezkompromisową konsekwencją w realizowaniu własnej wizji estetycznej – nawiązująca wprost do kobaiańskich arcydzieł: „Mëkanïk Dëstruktïw Kömmandöh” i „Köhntarkösz”. Na „K.A.” granice między jazzem, rockiem i klasyką ulegają już kompletnemu rozmyciu, zaś wiedzeni wieloletnim doświadczeniem muzycy raczą odbiorców po prostu muzyką w stanie czystym. Choć, przyznajmy, nie jest to raczej muzyka adresowana do szerokiego grona odbiorców, lecz do rzeszy słuchaczy przygotowanych na kontakt z tak pojmowaną formą wypowiedzi artystycznej.

Walter Wegmüller & Cosmic Couriers, Tarot, Spalax 1973/1994


Niezwykły projekt wydawniczy efemerycznej, krautowej wytwórni Kosmische Musik – mający promować muzykę odzwierciedlającą doświadczenie uniwersalnej świadomości. „Tarot”, czyli „A Trip Through Tarot Cards”, podwójny longplay przynoszący muzyczną ilustrację talii kart tarota, przygotowanej specjalnie w tym celu przez Wegmüllera (i będącej integralną częścią wydawnictwa), zawiera przegląd rozmaitych undergroundowych stylistyk, od elektronicznych improwizacji, przez oniryczne piosenki, aż po dzikie eksplozje rock’n’rolla. Na poły legendarny status i ograniczony nakład płyty zapewnił jej na długie lata opinię najwybitniejszego osiągnięcia europejskiej psychodelii. Jej wyjątkowy – multimedialny charakter sprawia, że pogrążający się psychodelicznych brzmieniach słuchacz może zarazem odbyć pouczający, ezoteryczny trip z kartami tarota (cygańskiego) – w autorskiej realizacji Wegmullera – dołączonymi do wydawnictwa płytowego. Nie jestem pewien czy w wydaniu oryginalnym nie dorzucano jeszcze przypadkiem pastylki LSD. W każdym razie… na zdrowie!

Los Angeles Free Music Society, The Lowest Form of Music, Rrrecords 1994


Los Angeles Free Music Society: „The Lowest Form of Music”, monumentalny, dziesięciopłytowy box, przynosi niemal komplet nagrań wydanych nakładem wytwórni LAFMS w latach 1973-94, a także dziesiątki fragmentów niezliczonych, improwizowanych sesji ujawnionych w tej publikacji po raz pierwszy. Wszystko to wzbogacone dwoma obszernymi książeczkami, zawierającymi fotografie, kompletną i szczegółową dyskografię LAFMS, a także wspomnieniowo-programowe eseje uczestników serii owych pamiętnych zdarzeń. Cóż więc w istocie otrzymujemy? „The Lowest Form of Music” to dźwiękowy chaos/kosmos, w którym mieści się wszystko: preoswaldowska plądrofonia miksująca papieskie błogosławieństwo i japońskie audycje radiowe, undergroundowa musique concrete z jej umiłowaniem studyjnych efektów i tricków, wiodących nierzadko w okolice dubu, analogowa elektronika wsłuchana w ścieżki dźwiękowe filmów SF, archaiczno-futurystyczny jazz zrodzony z miłości do Ra („Japanese Super Heroes” brzmi niczym szlagier Arkestry!), improwizacja wyzwolona aż do granic anarchii, dźwiękowe kolaże w stylu wczesnego Zappy i równie wczesnego Parmegianiego, perełki naiwnego folku wywiedzionego wprost z tradycji art brut, improwizowana freak opera, dryfujący beefheartowski blues, fikcyjne soundtracki i quasi-słuchowiska, groteskowa sound poetry, grające automaty i homemade instruments, anarchistyczno-psychodeliczny rock’n’roll bratający szorstką ekspresję Velvet Underground i kwaśne tripy Yahowha 13, echa złomowanego gamelanu, a nawet piosenki. Nad wszystkim zaś unosi się nieodmiennie duch niekończącej się feerii karnawałowego szaleństwa spontanicznej kreatywności, wywiedzionej z domu niewoli akademickich i awangardowych konwenansów. Obłąkane psychedelic free form fusion Smegmy i spacerockowa psychodelia Airways, brikolerski folk’n’roll Doo-Dooettes i grające zabawki Toma Recchiona – niepokorne uniwersum dźwięków płynących wprost z imaginacyjnej rupieciarni. I na koniec rzecz zdumiewająca, choć, bynajmniej, nie zaskakująca „The Lowest Form of Music” stanowi ekscentryczny pomnik radosnego, muzycznego bricolage’u, niezastąpiony dokument ewolucji dźwiękowego imaginarium amerykańskiego undergroundu i zarazem jeden z najważniejszych muzycznych boxów w dziejach fonografii.

Blue Notes, The Ogun Collection, Ogun 2008


Box dokumentujący nagrania zjawiskowej formacji Blue Notes, opublikowane przed laty przez wytwórnię Ogun – specjalizującą się w okołojazzowej  improwizacji. Blue Notes to oczywiście nazwa, jaką przyjęła w roku 1963 grupa południowoafrykańskich instrumentalistów jazzowych doskonale znanych wszystkim miłośnikom muzyki improwizowanej: Chris McGregor, Mongezi Feza, Johnny Dyani, Dudu Pukwana, Nick Moyake i Louis Moholo. Cieszący się lokalną popularnością po festiwalu jazzowym w Johanesburgu, lecz niemal natychmiast repatriowani z powodów politycznych z RPA, muzycy wyruszyli na podbój Europy, rejestrując jeszcze po drodze znakomity koncertowy album „Legacy” (1964), zawierający interesującą mieszaninę wyrazistych elementów hard bopu, afrykańskiego „popu” spod znaku highlife music oraz etnicznej tradycji kwela, która stała się z czasem znakiem firmowym Blue Notes. Okres europejski to lata nieustających koncertów oraz współpracy afrykańskich improwizatorów z niezliczonymi twórcami sceny niezależnej (wymieńmy tu tylko takie postaci, jak Peter Brötzmann, Robert Wyatt, Don Cherry, Evan Parker czy Cecil Taylor), a także powołanie przez McGregora osobnego, międzynarodowego big bandu występującego przez wiele lat jako Brotherhood of Breath.
            Box „The Ogun Collection” zawiera zarówno płytę „Legacy”, jak i europejski album „In Concert” – zawierający dużo większą dawkę tradycyjnej muzyki kwela, stanowiącej bazę dla ekspresyjnych improwizacji, a także legendarne płyty sesyjne Blue Notes, nagrane już w składach okrojonych do kwartetu oraz tria. Obie „elegijne” płyty Blue Notes – dedykowane przedwcześnie zmarłym muzykom: „Blue Notes for Mongezi” (nagrana przez kwartet: McGregor, Dyani, Pukwana, Moholo) i „Blue Notes for Johnny” (zarejestrowana w tercecie: McGregor, Pukwana, Moholo) porażają słuchacza niebywałą intensywnością muzycznej ekspresji, wznosząc się ku ekstatycznym rejonom najbardziej atawistycznego, niemal fizycznego sprzeciwu człowieka wobec śmierci, która nie oddaje swych oblubieńców – sprzeciwu wyrażanego wrzaskiem, jękiem i tupaniem, przeradzającym się stopniowo w muzyczny lament. Najwyraźniej słyszalne jest to w pierwszej części „Blue Notes for Mongezi”, gdzie niezwykle transowej improwizacji całego zespołu, eksplodującej znienacka katartycznymi popisami solistów, towarzyszy powracający nieustannie krzyk: „Where is Mongezi Feza? Mongezi We All Love You!”. W ten sposób spontaniczna muzyczna sesja zmienia się znienacka w archaiczną, plemienną ceremonię pogrzebową, podczas której żegna się członka zespołu odchodzącego do krainy przodków…

Book of Am, Book of Am, Wah Wah 1977


Mały, tajemny cud? Mały, gdyż nakład został ograniczony do 500 sztuk; tajemny, bo miał miejsce za sprawą niewielkiej hiszpańskiej wytwórni Wah Wah specjalizującej się w reedycjach; a cud, ponieważ „Book of Am” już in statu nascendi przeniosła się w sferę mitu za sprawa swej nierealizowalności. Inicjator całego przedsięwzięcia, Juan Arkotxa powrócił jednak po latach do zarzuconego niegdyś pomysłu i dzięki temu możemy dziś delektować się „Księgą Am” w całości. Historia była dość prosta: na Majorce, która u zarania lat 70. była europejską Mekką hipisów, w jednej z artystyczno-kontestatorskich komun zrodziła się idea stworzenia multimedialnego dzieła (do czytania, oglądania i słuchania), które stałoby się biblią kontrkulturowo-psychodelicznej rewolucji, jednocząc w sobie rozmaite duchowe tradycje świata (od Majów przez Egipt po Tybet). Ten swoisty podręcznik ezoterycznej psychonawigacji miał składać się z rozumianej w duchu Blake’owskim Księgi – scalającej obraz i tekst oraz dwóch płyt z muzyką, której multikulturowe źródła zostały ubrane w atrakcyjny wówczas kostium acid folku. Taka właśnie, totalna, wizja przyświecała autorom „Book of Am”, stając się zarazem przyczyną wydawniczego niepowodzenia, gdyż ostatecznie ukazała się tylko pierwsza jej część, na całość musieliśmy poczekać aż trzydzieści lat. I przyznaję od razu, że sprawia ona imponujące wrażenie – ujmując artystycznym rozmachem, świętą naiwnością i imponującą wyobraźnią twórców, które nadają jej niegasnący blask, nawet jeśli archaiczne nieco przesłanie zdążyło cokolwiek wyblaknąć. Wizyjne, psychodeliczne poematy odziane w szaty Blake’owsko-egipskich ilustracji, wzbogacone eteryczną muzyką z pogranicza folku, etno i nienachalnych elektroakustycznych eksperymentów (w tle buczy analogowy syntezator) wciąż jeszcze zniewalają urokiem tyleż subtelnym, co i przemożnym.

Psychic TV, Themes, Cold Spring Records 2011


Ekscentryczny projekt Genezisa P-Orridge’a w pigułce. Czy to możliwe? Owszem. Oto jeden z najbardziej wpływowych zespołów sceny postindustrialnej w swym sztandarowym cyklu, obejmującym wszystkie niemal formy muzyczne ukochane przez P-Orridge’a: ceremonialne akustyczne improwizacje na gongi, bębny i rogi; repetycyjny minimal na zapętlone taśmy, transową elektronikę i piosenki pop. Wszystko oczywiście z rewolucyjnym, transgresyjnym i obscenicznie obrazoburczym przesłaniem. W sam raz, by zresetować mózg początkującego hipstera, poszukującego dziwactw sprzed lat. Nie potrafię orzec, czy muzyka ta achowała swą dawną świeżość i bluźnierczy blask popowego apokryfu, czy może raczej palimpsestu, odsłaniającego przed słuchaczem kolejne warstwy wpływów i fascynacji industrialnej załogi ze starej, dobrej Anglii. Nie potrafię tego orzec, gdyż muzyka PTV ogromnymi partiami sprawia po prostu wrażenie ahistorycznej transmisji z innego wymiaru (lub może jest doskonale postmodernistycznym kiczem?). Mimo wszystko – jednak klasa!

Miles Davis, The CompleteOn the Corner Sessions, Columbia 2007


Właściwie wszystko jest jasne i od dawna wiadome. Miles z młodymi muzykami gra uliczny jazz – motoryczny, nieokrzesany i taneczny, bo podszyty funkiem. A jednak wydane po latach taśmy z sesji „On the Corner” wciąż zaskakują – brzmiąc niczym muzyczny projekt, który ma zostać zrealizowany dopiero za dziesięć-dwadzieścia lat. Świeże, soczyste, bezpretensjonalne i bezkompromisowe granie, które kopnęło jazz w stronę rock and rolla, obnażając zarazem ubóstwo i schematyzm rockowej wyobraźni, uwięzionej w piosenkowych formułach. Zestaw płytowy, który powinien stać się obowiązkową lekturą dla wszystkich muzyków i producentów, którzy chcieliby zamieszać w tzw. muzyce niezależnej zawieszonej nierzadko w dziwacznej przestrzeni między awangardowymi aspiracjami a wymaganiami komercyjnych stacji radiowych i telewizyjnych. Miles nie uznaje takich kompromisów. I przy okazji – to jest muzyka do tańca!

Tony Conrad, Early Minimalism, Table Of The Elements 1997


Czarna skrzynka amerykańskiego minimalizmu, przechowująca w pamięci najbardziej ekstremalne eksperymenty Youngowskiego heretyka, który porzucił Theatre of the Eternal Music, uznając ów projekt za nazbyt autorytarny. W istocie są to cztery próbki bardzo długich dźwięków dobytych przez Conrada z instrumentów smyczkowych. Dźwięki pozostawione samym sobie i snujące się do znudzenia w przestrzeni, anarchiczne dryfowanie dronów, wibracje, alikwoty i mikrotony, niekończące się ćwiczenie cierpliwości. Drone ‘n’ roll…

Yahowha 13, God & Hair, Cpt. Trip Records 2005


OMG (lub jak kto woli: WTF)! Sekty, psychodelia, new age, kuchnia makrobiotyczna, joga, tantra, mantra, hipisi i świadkowie Jehowy 13… Cóż więcej dodać? Kamień milowy ezoteryczno-okultystycznej hipisowskiej muzyki psychodelicznej ze słonecznej Kalifornii. Komplet nagrań najsłynniejszej muzykującej sekty religijnej, której guru, Father Yod, zginął podczas próby lewitacji. Dziecięce chórki i eksplozje hałasu, mantrowe inkantacje, protest songi i piosenki o Jezusie, plemienne rytmy i niby folk. Chaos, Kosmos i Eros, czyli trzej muszkieterowie amerykańskiej kontrkultury. I tyle. Jednak wstyd nie znać…

Igor Wakhévitch, donc…, Fractal 1998


Box dokumentujący najważniejsze dzieła francuskiego kompozytora z psychodelicznego” okresu jego twórczości: Logos”,1970; Docteur Faust”, 1971; Hathor”, 1973; Les Fous d’Or”, 1975; Nagual”, 1977; Let’s Start”, 1979. Wszystko spotyka się tu ze wszystkim, psychodelia współgra z elektroakustyką i kompozycją konkretną, schaefferowska awangarda wyciąga nieśmiało dłoń ku wagnerowskiej tradycji, mityczny Orient przegląda się w racjonalnej cywilizacji Zachodu, zaś akademicy kooperują twórczo z nieokrzesanymi rockowymi improwizatorami w procesie estetycznego porządkowania dźwiękowego chaosu, który przekształca się w muzyczny kosmos. Muzyka operowa i baletowa, w której analogowe efekty elektroniczne, elektroakustyczna preparacja instrumentów oraz montaż taśm z dźwiękami natury i cywilizacji stają się podstawą kształtowania dźwiękowego tła, na którym rozwija się muzyczna narracja budowana konsekwentnie przez instrumentalistów (akademików i improwizatorów), solistów a nierzadko również chór. Szczyty estetycznej niesubordynacji, popisy ekstrawagancji. Cudowne!

Trees Community, The Christ Tree Box, Hand Eye 2007


Zdumiewająca przesyłka z czasów, w których granie chrześcijańskiego rocka nie było jeszcze dochodowym interesem wyblakłych gwiazd rock and rolla (i ich dzieci). Przepięknie wydana, w stylizowanej na mandalę okładce, reedycja kompletu nagrań jednej z najsłynniejszych muzycznych komun „nowej, zielonej Ameryki”. Trees Community byli w istocie chrześcijańską gminą, która swe religijne i wspólnotowe doświadczenie postanowiła wyrazić w formach muzycznych bliskich improwizowanej psychodelii i acid folkowi. Na przełomie lat 60. i 70. w katedrze ST. John the Divine w Nowym Jorku grupa muzykujących artystów rozpoczęła swoistą działalność misyjno-pielgrzymkową, podróżując po Ameryce i Europie z programem muzycznym zatytułowanym „A Portrait of Jesus Christ in Music”, adresowanym przede wszystkim do uczestników hipisowskiej kontrkultury, poszukujących doświadczeń religijnych w bliskich spotkaniach z LSD. Był to zresztą okres wzburzonej działalności agitacyjnej rozmaitych gmin religijnych, sekt ezoterycznych i proroków rozmaitej miary i tradycji, takie przedsięwzięcie nie było więc wówczas czymś zaskakującym ani w sferze proponowanych treści, ani formy, jaką ostatecznie przyjęło. Dość, że podstawą ekspresji muzycznej Trees Community stały się przede wszystkim indyjskie ragi, na bazie których improwizowano partie instrumentalne i wokalne, będące nierzadko adaptacjami psalmów i innych tekstów biblijnych. Muzycy the Trees śmiało sięgali bowiem po rozmaite, rodzime i egzotyczne tradycje muzyczne, tworząc przy ich pomocy artystyczny, multikulturowy mix, którego główne przesłanie wyrażało się w, bliskim wszystkim kontestatorom owego czasu, haśle „Love & Peace” – opartym tu jednak na przesłaniu chrześcijańskim.

Les Rallizes Denudes, Great White Wonder, Phoenix Records 2011

Rzecz niby dla kolekcjonerów. Ale… W tym imponującym, czteropłytowym wydawnictwie znajdziemy zapisy czterech sesji najsłynniejszej i najbardziej wpływowej formacji japońskiego undergroundu – Les Rallizes Denudes – pochodzące z lat 1974-1980 i dokumentujące najbardziej kreatywny okres działalności grupy. W istocie mamy tu wszystko, czego mogliśmy oczekiwać od zespołu będącego ucieleśnieniem rockandrollowej anarchii – powracają nawet tematy doskonale znane z klasycznych wydawnictw: „Blind Baby Has It's Mothers Eyes” czy „Heavier Than A Death In The Family” („The Last One”, „Night of the Assassins”, „The Night Collectors”) – niektóre z nich kilkakrotnie, traktowane raczej jak jazzowe takes niż rockowe przeboje. Dominuje tu elektryczny hałas, improwizacyjny chaos i produkcyjny anarchizm owocujący bootlegowym brzmieniem w duchu lo-fi. Dlaczego zatem nie należy przegapić tego dość ekscentrycznego wydawnictwa? Powodem najbardziej oczywistym jest pamięć o rockandrollowych pryncypiach – niezbędna w czasach, gdy kanon rockowej estetyki jest rzekomo kształtowany przez grupy z nurtu indie, wyznaczające alternatywno-eksperymentalny horyzont muzyki pop, a brzmiące w zestawieniu z LRD dość biednie i groteskowo. Muzyka japońskiej formacji jest z założenia niepokorna i kostropata, wierzga i rwie się, płynąc elektrycznym strumieniem od bezczelnie plagiatowanych tematów z popowego kanonu w stronę czystego hałasu, motorycznego transu i społeczno-politycznej rewolty rozpisanej na gitarowe akordy. Rację ma bez wątpienia Moshe Idel, pisząc w notce do „Great White Wonder”, że LRD obok szwedzkiej formacji Parson Sound (wychowanej artystycznie przez Terry’ego Rileya) osiągnęli najwyższe mistrzostwo w dziedzinie rockowego minimalizmu na wiele lat przed narodzinami muzyki punk i estetyki noise. Potęga brzmienia, bezkompromisowa intensywność ekspresji i naiwne przekonanie o społeczno-estetycznej rewolucji wpisanej w formę rockowego koncertu gwarantują japońskim muzykom relatywną nieśmiertelność herosów undergroundu. 

Magical Power Mako, Hapmoniym 1972-1975, Bamboo 1993

Witajcie w kosmosie. Ezoteryczny dźwiękowy pięcioksiąg Magical Power Mako, czyli pięć studyjnych sesji z lat 1972-75. Wszystko na tych płytach sugeruje nam, żebyśmy porzucili tradycyjne oczekiwania, jakie żywimy w stosunku do muzyki rockowej, elektronicznej, improwizowanej czy ambient. W istocie są to bowiem improwizowane eksplozje elektronicznego rocka (Heldon nie jest tu najodleglejszym skojarzeniem) rozlewające się w meandryczne rzeki galaktycznego ambientu. Jest tu i eksperymentalna wizja i wielka muzyczna erudycja – słowem płyta, jaką mogliby nagrać Brian Eco i Umberto Eno (gdyby istnieli i byli muzykami). Psychodelia, etniczne inspiracje, orientalne motywy, elektronika w duchu minimalistyczno-rileyowskim, gitarowe free-jams rodem z sesji Moby Grape czy Grateful Dead. I mnóstwo krautrocka, aż dziw, że artysta pochodzi z Japonii.  Nie uwierzę, że zostało to nagrane na trzeźwo… 

Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U. F. O., The Penultimate Galactic Bordello Also the World You Made, Dirter 2004

Imponujący, czteropłytowy box AMT, zawierający kilka godzin muzyki, dokumentującej studyjne sesje tej niezwykłej formacji z lat 2003/2004. Każda płyta to jedna godzinna kompozycja/improwizacja, rozwijająca się od leniwie bitych akordów gitary, bądź powracającej natrętnie dźwiękowej pętli aż po pulsującą psychodelicznym tętnem kosmiczną kulminację, napędzoną galopadą gitary i rozświetloną świergotami syntezatora, osiągającymi niekiedy zgoła nadświetlne prędkości. Wszystkie albumy odsłaniają muzyków w doskonałej formie, pełnych inwencji i radości grania, zaś aluzyjne tytuły: „The Seven Stigmata from Pussycat Nebula” czy „The Holy Mountain in the Counter-Clock World” (skąd my to znamy?) stanowią nieodzowne wprowadzenie w radośnie chaotyczny świat pangalaktycznej psychodelii. Znajdziemy tu wszystkie ciemne i jasne strony AMT w zgoła monstrualnych dawkach, mogących przytłoczyć niewtajemniczonych w „kwaśne misterium” słuchaczy, choć przyznać trzeba, że muzycy robią co mogą, by swej propozycji nadać kształt możliwie urozmaicony i różnorodny. Znajdziemy więc tu i źródłowy space psychedelic spod znaku Ash Ra Tempel oraz Cosmic Jockers („The Beautiful Blue Ecstasy”), i brzmiące z lekka marokańsko ekstatyczne etno splecione z kosmicznymi lotami a la Hawkwind, ujętymi w nieśmiertelny riff Barretowskiego szlagieru „Interstellar Overdrive” („The Seven Stigmata…”), i próbkę czegoś na kształt „Makoto Kawabata Experience meet Steve Reich” („What’s Your Name?”), i wreszcie godzinną dronową apokalipsę rozpiętą między etnoelektroakustyką Toho Sara a źródłowymi eksperymentami Limbus 3 i Theatre of the Eternal Music („The Holy Mountain…”). 

This Heat, Out of Cold Storage, This Is 2006


This Heat pozostanie na zawsze jednym z tych zespołów (obok Pere Ubu), których fenomenu nie potrafię do końca objąć refleksją. Musiało bowiem w istocie wystąpić jakieś wielce osobliwe zagęszczenie kosmicznych wibracji, aby w tym miejscu i czasie pojawiła się formacja tak nieoczekiwana. Bo cóż to w istocie jest? Punk, new wave, industrial, impro rock, art rock, figo fago? Potężna energia, soliści grający niemal wirtuozowsko choć przecież do bólu prosto i surowo, niezwykła precyzja przy pozornym braku kontroli, zabawki, eksperymenty, taśmy, zgrzyty, jakieś anti-… ale co? Muzyka. Może, po prostu?







John Coltrane, The Complete 1961 Village Vanguard Recordings, Impulse! 1997


Mój ulubiony Trane. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, bo przecież „A Love Supreme”… Wiadomo, „A Love Supreme” jest „na zawsze” i „naj…”, i „nigdy nie będzie nic lepszego”, a jednak, fakt pozostaje faktem, ten box, to mój ulubiony Trane. I nawet nie bardzo wiem dlaczego… Właściwie zaś wiem. Bo „India” w czterech koncertowych wersjach, i „Spiritual” w kilku kolejnych, i tak dalej… I jakaś nieuchwytna atmosfera scenicznego „dziania się”, bliska jazzowej epifanii. I choć mam poczucie winy, bo „A Love Supreme”, to jednak ten box to mój ulubiony Trane…

Albert Ayler, Holy Ghost, Revenant 2004

Na koniec zostawiam pomnik – najpiękniejszy z możliwych. Zestaw rozmaitych: sesyjnych i koncertowych nagrań Alberta Aylera, który sam siebie zwał Duchem Świętym – spajającym muzykę Boga Ojca (Coltrane’a) i Syna Bożego (Sandersa). Cudowne, surowe i korzenne, bluesowe granie rozmaitych składów Aylera jest niezmiennie popisem wyobraźni, inwencji i niezależności. Saksofonista grywa tu w składach klasycznych i kombinowanych, stabilnych i efemerycznych, europejskich i amerykańskich… Grywa jazz, free, dixie, spirituals i amorficzne, wściekłe impro, którego fala akustyczna wrze w głośnikach. Niewiele trzeba tu pisać, jest za to wiele do posłuchania…
Dobranoc...

środa, 12 marca 2014

Słyszane z oddali



Zaczęło się to właściwie od nowej płyty Emitera „Air/Field/Feedback” (Monotype 2014), która ofiarowuje słuchaczowi dźwięki dobiegające z oddali – zza ściany, spoza niedomkniętego okna, płynące z nieokreślonych miejsc majaczących gdzieś na horyzoncie (słyszenia). Mniej lub bardziej odległe, przytłumione pomruki przestrzeni, szumy pozlepiane w basowy dron, dryfujące szelesty niewiadomego pochodzenia – tracące gdzieś po drodze swój naturalny charakter i wybrzmiewające w uchu słuchacza dyskretnym elektronicznym pogłosem. Tak rodzi się dźwiękowy świat wymagający uważnego nasłuchiwania i porzucenia prostych kryteriów analitycznego, identyfikującego słyszenia, które łatwo wyprowadzi nas na manowce pełne antropologicznych truizmów i towarzyszących im wątpliwości („O! To wiatr. To woda, strumień… nie to jednak morze, czy nie?”).
Słucham tej płyty, czytając wyśmienity reportaż Arundhati Roy „Indie rozdarte. Jak rozpada się największa demokracja na świecie” (Wielka Litera 2014), którego tematem jest niekończąca się insurekcja najuboższych plemion Indii przeciwko rabunkowej gospodarce wielkich korporacji górniczych wspieranych przez partie polityczne, rząd, policję i armię. Wojna ta doprowadziła ostatecznie do lokalnych triumfów maoistowkiej partii komunistycznej, z której rekrutują się tysiące żołnierzy nieoficjalnej armii ludowej – walczącej, paradoksalnie, także o ocalenie chtonicznych bóstw prehistorycznych Indii. Autorka spędziła z „towarzyszami z lasu” kilka tygodni, dzieląc ich los, słuchając ich pieśni i notując ich historie – niekiedy wzruszające, niemal zawsze zaś – dramatyczne. Opowieści o wzajemnej przemocy, gwałtach, rabunkach, torturach i piętrowej korupcji. Co ciekawe przez cały ten czas Roy nie przestawała nasłuchiwać obcego jej środowiska – wielkiego lasu, przemawiającego bezlikiem splątanych głosów: „Słyszę dzwonki na szyjach krów, sapanie, szuranie i popierdywanie bydła. Na świecie wszystko dobrze”. Ten akustyczny aspekt leśnego doświadczenia Roy okaże się bardzo ważny także nieco później, podczas politycznego święta Bhumkal, podczas którego rzesze maoistów będą tańczyć i śpiewać całą noc przy wtórze pulsujących plemiennych bębnów, zaś ludowe grupy teatralno-propagandowe przedstawią szereg spektakli o niedoli leśnych ludzi: „To historia dwojga staruszków, którzy wyruszają na poszukiwanie wioski swojej córki. Idąc przez dżunglę, gubią drogę, ponieważ wszystko zostało spalone i zmieniło się nie do poznania. Bojówkarze z Salwa Judum spalili nawet bębny i instrumenty muzyczne.  Nie ma popiołów, ponieważ padał deszcz. Nie mogą odnaleźć córki. Pogrążeni w żalu staruszkowie zaczynają śpiewać, a na ten dźwięk spomiędzy ruin zaczyna dobywać się w odpowiedzi głos ich córki. Zdławiono dźwięk naszej wioski – śpiewa dziewczyna. Koniec z tłuczeniem ryżu i śmiechem przy studni. Koniec z ptakami i beczeniem kóz”. Na świecie nie dzieje się dobrze. Milkną ostatnie opowieści i puls plemiennych bębnów słabnie, zastąpiony przez niekończące się staccato karabinów maszynowych.
Ponieważ zaś świat pełen jest (nie)zaskakujących koincydencji… Kończąc książkę Roy, czytam równolegle arcyciekawą pracę Lloyda Bradleya „Bass Culture. When Reggae Was King” (Penguin Books 2001), poprzedzoną słowem wstępu przez Prince’a Bustera, który kreśli swą subiektywną „historię” jamajskich sound systemów, zauważając: „W roku 1957, jako dziewiętnastolatek, zbudowałem swój pierwszy sound system, nazywając go Głosem Ludu”. I jak pisze dalej Buster – sound systemy były w owym czasie ludowymi radiostacjami emitującym własne programy, pozostające w wyraźnej opozycji do mieszczańskich, zamerykanizowanych stacji radiowych funkcjonujących w eterze. Wojna podjazdowa DJ-ów i ich sonicznych maszyn bojowych przeniosła się z czasem – wraz z ekspansją dubu – na ulice angielskich i europejskich miast, a w końcu także na (anty)sceny alterglobalistycznych manifestacji. I choć nie emitują one ani śpiewu ptaków, ani beczenia kóz, ani kojącego popierdywania bydła, lecz zmasowany basowy atak dźwięków kruszących mury Babilonu, to z pewnością wciąż jeszcze czynią ów głos ludu słyszalnym. Czy ktoś odpowie nań spośród ruin w głębi lasu?

Fragmenty "Indii rozdartych" w przekładzie Krzysztofa Umińskiego.

wtorek, 18 lutego 2014

Namuzowywanie Mironczarni


Kiedy  wpada w moje ręce (przyznaję – nieprzypadkowo) taki zestaw, jak czteroczęściowe wydawnictwo „Białoszewski do słuchu” wydane na początku tego roku przez wytwórnię Bołt Records, która pracuje konsekwentnie na opinię najciekawszego polskiego wydawcy płyt z „muzyką współczesną”, zaczynam nabierać przekonania, że nikt w Polsce na dobrą sprawę nie wie (lub może nie chce wiedzieć?), jak interesujące archiwalia sztuki najnowszej mamy tu,  dosłownie, pod ręką. Oto więc Białoszewski, być może jedyny polski „poeta dźwiękowy”, w ścisłym tego pojęcia znaczeniu. Mistrzowski w obnażaniu i dekonstruowaniu mechanizmów języka (zwłaszcza mowy potocznej), wyposażony w talent recytatora i interpretatora własnych tekstów oraz doświadczenie teatralne, a przede wszystkim zafascynowany możliwościami, jakie oferuje poecie taśma magnetyczna, co stawia go pośród takich tuzów sound poetry, jak William Burroughs, Henri Chopin, Ake Hodell czy Sten Hanson. I choć Białoszewski nie eksperymentuje w zasadzie z technicznym potencjałem magnetofonu, to jednak świadomie wykorzystuje go do utrwalenia swych tekstów jako aktów poetyckiej ekspresji – poezji w działaniu.  Bołt już w ubiegłym roku zaskoczył słuchaczy edycją płytową legendarnego wykonania Mickiewiczowskich „Dziadów” przez Mirona Białoszewskiego, teraz zaś atakuje sześciopłytowym zestawem, wydanym w czterech częściach, obejmujących następujące pozycje: „Teatr”; „Kabaret”, „Blok” i „Wiersze dźwiękowe”. Oryginałom towarzyszą także reinterpretacje materiału źródłowego, dokonane przez Marcina Staniszewskiego („Chamowo”), Patryka Zakrockiego („Osmędeusze”) i Mikrokolektyw (wiersze). Zestaw imponujący bogactwem i bez wątpienia satysfakcjonujący artystycznie – pozwala zarazem usłyszeć samego poetę i otaczającą go audiosferę „szumów, zlepów, ciągów”, która wszystkim czytelnikom Białoszewskiego była dotąd doskonale znana, choć tylko z lektury. Dostajemy więc w pakiecie poetę całkiem nowego – poetę, który mówi, recytuje, ekscytuje się, śpiewa, stuka, jąka się i zacina, włącza i wyłącza magnetofon! Wszystkich, którzy od czasów podstawówki zastanawiali się, jak brzmi pamiętna „szaranagajama” (i czy aby po japońsku) informuję, że tu wreszcie znajdą odpowiedź. Czy zatem jest to „Białoszewski kompletny”? Oczywiście nie. Ale z pewnością jest to „Białoszewski uzupełniony” (raz jeszcze – po publikacji „Tajnego dziennika”) – i to uzupełniony o niesłychanie ważny dla poety tak wyczulonego na brzmienia dźwięków mowy – audialny aspekt twórczości poetyckiej.

Kilka słów wypada poświęcić także zaproszonym do współpracy interpretatorom dzieł Białoszewskiego, wszak stanęli oni przed zadaniem niełatwym i, rzekłbym nawet, ryzykownym. Każda bowiem ingerencja w nagrania dokonane przez nawiedzanego przez szmery, stukoty i głosy poetę w jakiś sposób dekomponuje niezwykle rytmiczną, ale także integralną brzmieniowo formę „aktów mowy” Białoszewskiego – i to niezależnie od tego, czy manipulacja dotyczy krótkich wierszy przechwyconych twórczo przez Mikrokolektyw, czy też skomponowanej świadomie całości teatralnej „Osmędeuszy”. Odważny i silny poeta, Miron Białoszewski, wymaga jednak równie śmiałych decyzji i poczynań od swych interpretatorów. Z tych konfrontacji muzycy wychodzą z powodzeniem: ascetyczne elektroakustyczne improwizacje Kuby Suchara i Artura Majewskiego nie przesłaniają – dawkowanych dość oszczędnie porcji „głosu poety” – pozwalając im wybrzmieć z dyskretnym echem i pełną mocą. „Osmędeusze” Patryka Zakrockiego to z kolei, udana, próba dekonstrukcji gotowego tekstu dźwiękowego (a właściwie nawet „dźwiękowo-muzycznego”), przygotowanego przez samego Mirona Białoszewskiego dla jego domowego Teatru Osobnego. Dzieło Zakrockiego jest więc rodzajem „remiksu” – wtórnego opracowania materiału źródłowego (z pełnym dla niego szacunkiem), przy czym określenie „wtórny” odnosi się tu do kolejności działań, nie zaś do wartości ostatecznego ich efektu. Wreszcie „Chamowo” Marcina Staniszewskiego – czyli niezwykle efektowna próba rekonstrukcji audiosfery osławionego bloku na Pradze, któremu poeta poświęcił niezwykłe zapiski i którego niezliczone i nieznośne hałasy natchnęły go do próby skonstruowania „gotyckiego romansu grozy” utrzymanego w realiach wielkomiejskich (jak utrzymuje Białoszewski w swym dzienniku). Tu mamy wszystkie owe natchnienia i nawiedzenia ujęte w formę dźwiękowej opowieści o „poecie nadającym z bloku”. I jest to opowieść pasjonująca! Wszystkie płyty zawierają dodatkowo arcyciekawe teksty Macieja Byliniaka poświęcone dźwiękowym przygodom Białoszewskiego. Całość jest zatem wspaniałym, choć nie spiżowym, pomnikiem wystawionym znakomitemu poecie przez ludzi o dwa pokolenia młodszych. Nie ma na co czekać! Kupować, kupować (i słuchać)!


wtorek, 11 lutego 2014

Pogrzeb (w) filozofii, albo przygody pana Michała


Czytam „Debaty, rozmowy, polemiki” z Michałem Foucaultem, a tam rzeczy straszne i historie niesłychane: „Jaka jest rola filozofa w społeczeństwie?” – pyta ktoś; „Filozof nie pełni w społeczeństwie żadnej roli” – odpowiada Foucault z pełnym przekonaniem. A dalej, w rozmowie innej, gorzej jeszcze – powiada filozof, że tym był skuteczniejszy w swych społecznych i historycznych analizach, im bliższe były one jego „własnych problemów z szaleństwem, więzieniem, seksualnością”. 

A więc to tak… To nie w służbie społeczeństwu, nie w ofierze narodowi, nie na ołtarzu ojczyzny, nie ku większej chwale jedynej boskiej prawdy, tylko obsceniczne załatwianie spraw własnych za pieniądze podatników! Więc całe to sobąpisanie to tylko jeszcze jedna „technika siebie”, żeby się skonstruować po swojemu na przekór tradycji! No to nieźle. I jeszcze się to przecież w żaden sposób nie przekłada na dochód narodowy brutto! No to całe szczęście, że się ta filozofia na uniwersytetach kończy, że ją wreszcie, raz na zawsze, precz przeganiają. Starczy nam wszak wydziałów teologii, gdzie wiedza cała w służbie społeczeństwu, w ofierze narodowi, na ołtarzu ojczyzny i ku większej chwale jedynej boskiej prawdy! A i praca pewniejsza – czy to w parafii czy w szkole na etacie katechety. I nikt tam bredzić nie śmie o „triumfie przyjemności seksualnej”, ani tym bardziej o „seksualnym wyborze”, przecież akt płciowy został przez Bozię dany w służbie prokreacji. Gorzej że jednak póki co takie straszne książki się na rynku polskim pokazują – i to – o zgrozo, jak czytam: dofinansowane przez UW, UJ i nawet przez Ambasadę Francji. To już jawna inwazja na niewinne polskie umysły – myśleniem filozoficznym nieskalane.  Szczęśliwie – słysząc zapowiedzi moralnego odnowienia polskiej kultury na kongresie jednej partii politycznej, pomyślałem że się i tę tendencję wydawniczą ukróci, gdy w komitetach redakcyjnych wydawnictw i czasopism zasiądą uczeni mężowie posiadający rozeznanie w tym, co dla narodu dobre, co zaś zgubne. A wtedy i deklaracja pana Michała się ziści, i w tym społeczeństwie żaden filozof już nigdy nikomu potrzebny nie będzie. Bo i po co…?

M. Foucault, Kim pan jest, profesorze Foucault? Debaty, rozmowy, polemiki, przeł. K.M. Jaksender, Eperons 2013.

piątek, 7 lutego 2014

Wpadło w ucho…


Żadne to zestawienie „The Best of…”, raczej nad wyraz wybiórczy przegląd tego, co mi wpadło w ucho w minionym roku (i nie wypadało przez czas dłuższy). Przyznam też od razu, że od pewnego czasu nie śledzę na bieżąco tzw. „rynku muzycznego” – współczesny pop mocno mnie zniechęca, awangarda nazbyt często mieli się we własnych mieliznach (roczna produkcja płytowa Johna Zorna mnie przytłacza), zaś eksperymenty mocno potaniały, odkąd centrum rockowego offu stał się festiwal o nazwie „Off”, na którym dawni akolici Gniewu i Buntu wyprzedają resztki hałasu („po taniości”). Co nie znaczy bynajmniej, że dobrej muzyki brakuje. Sądzę nawet, że jest wręcz przeciwnie… Zacznę jednak przewrotnie – od „nowych staroci”.

Na początek jedna z najciekawszych reedycji roku 2013, wydany przez Not Now Music Limited „trójpak” „Joe Meek Telstar: Anthology”, a więc wybór najznakomitszych nagrań szalonego brytyjskiego producenta, który w pierwszej połowie lat 60 antycypował w swym studiu późniejsze dokonania mistrzów konsolety – pionierów dubu, space rocka, psychodelii i progresywnej elektroniki. Rzecz nie do przeoczenia – zwłaszcza, że Meek przez lata pozostawał bez reprezentatywnego przeglądu swej twórczości, przysypany nieco stereotypowymi opiniami o ekscentrycznym, dziwacznym czy wręcz kabaretowym charakterze nagrań pozbawionych rzeczywistej wartości estetycznej. Zebrane na trzech płytach piosenki (bo przecież tak czy inaczej są to po prostu piosenki) przeczą tym ocenom w sposób bardzo przekonujący.

Kolejną kluczową reedycją było z pewnością wydanie przez Finders Keepers dwóch soundtracków do kultowych filmów Juraja Herza: „Morgiana” (1972) i „Palacz zwłok” (1968) – na winylu i CD – dokumentujących zarazem (raz jeszcze) niepowtarzalny geniusz czeskiej muzyki filmowej i jej najwspanialszych twórców: Zdenka Liški i Luboša Fišera. I znów – jak wcześniej w przypadku „Stokrotek”, „Dziewczyny na miotle”, „Małej syrenki” i , oczywiście, „Valerii” – mamy przed sobą popis muzycznej wyobraźni, kompozytorskiej i technicznej sprawności, intuicji oraz artystycznego wdzięku – owocujących eksplozją czystej psychodelii o niezwykłym, środkowoeuropejskim, posmaku.


Co zaś z nowościami? Do moich faworytów, z powodów zarówno ideowo-sentymentalnych, jak i czysto muzycznych, należy z pewnością „The Road to Jajouka. A Benefit Album” (HOWE Records 2013) – płyta, na której można usłyszeć, jak John Zorn, Bill Laswell, Marc Ribot, Ornette Coleman, Flea, Lee Ranaldo oraz DJ Logic (i nie tylko) interpretują nieśmiertelne muzyczne tematy rodem z Jajouki – każdy inaczej, wszyscy pod przemożnym wpływem archaicznego wzorca z jego ekstatycznym transem i prostymi improwizacjami snutymi na tle równie prostych struktur rytmicznych. Interpretacje bywają tu różne – od bluesowych, przez free jazzowe i rockowe aż po dubowe eksplozje elektroniki i klasycyzujące ujęcie tematu przez Howarda Shore’a i londyńskich filharmoników. Przy takim rozrzucie stylistycznym płyta pozostaje jednak nad wyraz spójna, o czym decyduje, rzecz oczywista, zniewalająca moc pierwowzoru. Nieprzypadkowo to właśnie Bachir Attar i jego muzycy udzielający się w niektórych nagraniach zdają się w swej ekspresji dużo bardziej awangardowi od Zorna i Colemana.

 „Wassertur Music” (Nefryt 2013) akustycznego kwartetu Rajkowski (śpiew alikwotowy), Zgraja (trąbka), Reginatto (saksofon altowy), Römisch (kontrabas) przywodzi mi na myśl kompozycje/improwizacje zbudowane wokół ogrywania akustyki niezwykłych „przestrzeni koncertowych”, jak to miało już miejsce w wypadku nagrań Johna Butchera w jaskiniach i tunelach metra, Christiny Kubisch w pustym zbiorniku na gaz (jej „Licht Himmel. Gasometer Oberhausen” wydaje się projektem ideowo najbliższym omawianej tu płycie) czy polskiego HATI w opuszczonych halach fabrycznych. Takie granie ma więc już swoją tradycję, ma także swoistą estetykę – eksponującą zazwyczaj walory akustyczne przestrzeni i pozwalającą wybrzmieć najpotężniejszemu instrumentowi, jakim niezmiennie okazuje się pogłos ogrywanego miejsca. „Wassertur Music” jest zatem przede wszystkim utworem eksplorującym przestrzeń zabytkowej wieży ciśnień w Brunszwiku. To w jej pozornej ciszy rozgrywa się muzyczny dramat rozpisany na głos oraz grupę instrumentów, tkających sieć subtelnych interakcji – wzajemnych i tych obliczonych na odzew samej przestrzeni, której pustka prowokuje działania muzyków, by przechwytywać dźwięki i poddawać je dyskretnej modyfikacji. Rodzi się w ten sposób muzyka piękna, skupiona i, par excellence, medytacyjna – przy czym istotą tej medytacji okazuje się nie „religijna wizualizacja” czy „ćwiczenie ciała” lecz (meta?)fizyka samego dźwięku.
Po zawieszeniu działalności przez rockandrollowy band wszechczasów, Sun City Girls, otrzymujemy do rąk kolejne odsłony retrospektywnego cyklu Singles oraz wydawnictwa efemerycznych projektów braci Bishopów: Richarda (Rangda, The Freak of Araby) i Alana (Alvarius B.). Do tych ostatnich należy również album „The Invisible Hands” (Abduction 2013) nagrany przez Alvariusa B. w maju roku 2012 w Egipcie z towarzyszeniem lokalnych muzyków oraz gościnnym udziałem innego weterana sceny impro-rockowej rezydującego od pewnego czasu w Kairze, Sama Shalabiego (ex-Shalabi Effect). „Niewidzialne ręce” przynoszą zbiór piosenek utrzymanych w manierze orient-folkowej, choć tak jak w wypadku dokonań SCG piosenka okazuje się tu formułą nad wyraz pojemną – osuwając się w niekontrolowaną improwizację, eksplodując nieoczekiwanym hałasem czy przeistaczając w monolog Alvariusa. Płyta posiada więc wszystkie wady i zalety Bishopowej estetyki, choć przyznać trzeba, że wyeksponowana w warstwie brzmieniowej arabszczyzna  dodaje tej muzyce niewątpliwego, egzotycznego uroku oldschoolowej psychodelii.
Pozostając w klimacie psychodeliczno-orientalnym, pozwolę sobie zarekomendować płytę „The Dusted Sessions” (Thrill Jockey 2013) grupy Date Palms – nagraną podczas zaćmienia Słońca w maju 2012 roku (a zatem bliźniaczą siostrę „The Invisible Hands”). Album daje się bez trudu zaliczyć do zorientowanego na Orient „dronowego zwrotu”, jaki dokonał się ostatnimi czasy w gitarowym graniu (by wspomnieć nowe wydawnictwa OM). Świadczy o tym już dobór instrumentów – obok elektrycznych gitar pojawia się obowiązkowa tampura a także improwizujące wyjątkowo „długimi dźwiękami” skrzypce. Niby nie ma tu nic nowego, a jednak sesjom Date Palms towarzyszy dość wyjątkowa aura przywodząca na myśl dawne jamy Grateful Dead i Moby Grape oraz indyjskie wycieczki ekscentrycznych formacji w rodzaju The Ceyleib People. W efekcie zaś rodzi się rzecz wyjątkowo przyjemna w słuchaniu.

To był dobry rok dla polskiego jazzu. I nie mam tu, bynajmniej, na myśli nagrody Grammy dla Włodka Pawlika (czy ktoś wymieniłby to nazwisko w mediach głównego nurtu, gdyby nie to trofeum?), lecz np. znakomity album: Hera with Hamid Drake, „Seven Lines” (Multikulti Project 2013). Choć Hamid Drake stał się już w naszym kraju niemal stałym rezydentem i uczestnikiem rozlicznych polskich projektów muzycznych (regularnie grywa nawet w – średnio ujazzowionym – Toruniu), to jego udział w nagraniu płyty „Seven Lines” nie jest li tylko „wisienką na torcie”, „kwiatkiem u kożucha” czy nawet „musztardą po obiedzie” (jak bywało w niektórych wypadkach). Stało się tak, gdyż Hera to po prostu dobry jazzowy skład (Zimpel, Postaremczak, Cierliński, Rogiński, Wójciński i Szpura), którego ozdobą są nie tylko zaproszeni goście, ale także – wszak nieoczywiste w jazzowym kontekście – wibrujące drony płynące z liry korbowej Macieja Cierlińskiego. Na ich tle rozwijają się improwizacje instrumentów dętych, frapujące frazy elektrycznej gitary Rogińskiego i wreszcie, last but not least, perkusyjne popisy Drake’a. Co w sumie daje wyśmienity, wysmakowany album z na poły improwizowaną muzyką zbudowaną na wyraźnie zaznaczonej etnicznej podbudowie, dalekiej jednak od banałów world music.

Marcin Ciupidro, „Talking Tree” (Unzipped Fly 2013) – album, który był dla mnie największym zaskoczeniem – urzekając subtelnym i inteligentnym połączeniem jazzowej kameralistyki, estetyki chill outu i nieco postarzonej elektroniki. Wibrafon raz jeszcze okazuje się tu instrumentem stworzonym wręcz do kreowania brzmień nieoczywistych, egzotycznych i psychodelicznych zarazem – niebywale plastycznym narzędziem budowania nastroju. Słychać tu i minimalistyczne repetycje, i elektroniczny szlif i, bardzo wyraźne, echa progresywnego wibrafonowego jazzu (pomyślałem o płytach Walta Dickersona), i wreszcie ślady nieco lżejszych aranżacji. Na dodatek tylko trzydzieści minut muzyki – co wzbudza mój szacunek, dowodząc, że na płycie znalazły się tylko te utwory, które miały (i powinny) się na niej znaleźć.

Niejednym wzruszeniem obdarowała mnie w mijającym roku także Wovoka, serwując płytę „Trees Against The Sky” (LADO ABC 2013) – płytę którą najchętniej określiłbym po prostu mianem bluesowej, gdyby nie fakt, że w polskim żargonie krytyków muzycznych oznacza to zazwyczaj kategorię zarezerwowaną dla n-tej inkarnacji grupy Dżem, rżnącej na Juvenaliach w Opolu (przepraszam Opole, ale to zestawienie było tu nieuniknione) – „Czerwony jak cegła” i „Whiskey moja żono”. Mam więc problem z polskim bluesem, bo wolałbym go w wersji Wovoki – prostej, czarnej, transowej i minimalistycznej – z oszczędnie grającymi instrumentalistami, charyzmatycznym wokalem i pięknym tonem gitary Rogińskiego (czapki z głów!). Prawdę powiedziawszy – niejeden amerykański band z okolic „weird folku” powinien się poczuć zawstydzony po wysłuchaniu „Trees Against the Sky”. I bardzo dobrze.

Stara Rzeka, „Cień chmury nad ukrytym polem” (Instant Classic 2013). Wszyscy już docenili Starą Rzekę, która przebojem wdarła się z muzycznego undergroundu do „niemal-mainstreamu”, przecierając, mam nadzieję, szlaki dla innych projektów odkrywających przed słuchaczami psychodeliczną dziedzinę „weird folku”. Czego by już o niej nie napisano, płyta Kuby Ziołka jest po prostu dobrą płytą z niebanalną „muzyką gitarową”, czerpiącą swe źródła (jak na rzekę przystało) z folkowej gleby – jej akustycznych obsesji i elektrycznych fascynacji. Brzmienie jest surowe, więc zacne, produkcja oszczędna, więc udana, melodie proste – zatem piękne. Oto przepis na udany album.

Dwutysięczny, „Jedwabnik” (Bocian/Sangoplasmo 2013) - to płyta (a pierwotnie kaseta) słusznie doceniana w zestawieniach i opiniach krytyków muzycznych. Dawno bowiem nie było na naszym rynku tak starannie pomyślanej i świetnie wykonanej muzyki elektroakustycznej zawieszonej gdzieś w połowie drogi między kameralnym ambientem a swobodną improwizacją. Muzyki szanującej ucho słuchacza i jego muzyczną inteligencję, oszczędnej w środkach wyrazu, skupionej i dziwnej – dziwnością skłaniającą do ponownej lektury. Napisałbym, że „Jedwabnik” to płyta wyrafinowana, gdybym nie obawiał się, że ten epitet w odniesieniu do muzyki u podstaw swych niepokornej mógłby okazać się obelgą.


Nowa płyta The Ex „Enormous Door” (Ex Records 2013), jak zwykle dobra, wydaje się dość prostą i oczywistą konsekwencją Exowych peregrynacji (do Afryki) i Exowych przyjaźni (z jazzmanami) – prócz podstawowego kwartetu mamy tu bowiem pierwszorzędną sekcję dętą (Gustafsson/Vandermark/Wierbos/Paci), zaś nieskomplikowane rockowe piosenki nabierają zabarwionego etiopską nutą oddechu, uwodząc słuchacza egzotyczną melodyką. Nie jest to płyta, o której należałoby się jakoś obszernie rozpisywać, gdyż całą swą moc objawia ona przede wszystkim w trakcie głośnego (a jakże!) słuchania. Potężna, radosna muzyka obdarowująca energią czerpaną wprost ze słońca. Dosłownie – wstyd nie znać. A zupełnie na marginesie – grając od kilkudziesięciu lat swe proste utwory, The Ex dystansują o wiele długości wszystkie alternatywne odkrycia indie rocka, którymi systematycznie raczą nas mainstreamowe rozgłośnie (dlaczego nie słyszałem The Ex w radiowej Trójce?) i offowe festiwale. 

The Magic Carpathians & Tundra, „Reindeer Luck” (World Flag Records 2013) – to przykład udanej kooperacji zrodzonej w procesie grupowej improwizacji, którą od lat zgłębiają Anna Nacher i Marek Styczyński, wnosząc do nieco hermetycznego niekiedy świata abstrakcyjnych „dźwięków-samych-w-sobie” eksponowanych z upodobaniem przez „wyzwolonych improwizatorów” trochę nostalgiczny, a trochę egzotyczny powiew „dźwięków-dobytych-skądinąd”: z kultur swojsko-obcych lub nieoczywistych instrumentów, których użycie rozmywa i tak płynne granice między muzyką a etniczno-naturalną sonosferą samego świata. Na „Reindeer Luck” w proces konstrukcji tego uniwersum włączeni zostali także muzycy duetu Tundra: Dawid Adrjanczyk i Krzysztof Joczyn, uzupełniając źródła dźwięku o flety, dzwonki, taśmy i kalimby. I tak oto rodzi się świat zapętlonych głosów, prostych fraz i drobnych rytmów przepływających w nieśpiesznym dryfowaniu. 
„Rite of Passage” (Cat Sun 2013) – kolejny solowy album Mirta – o tytule pożyczonym raczej od Arnolda Van Gennepa niż z „Miami Vice” (swoją drogą strach pomyśleć, co się stanie, gdy Tomek zacznie pożyczać tytuły od Lévi-Straussa: „Surowe i gotowane”, „Od miodu do popiołów”, „Drogi masek”, a może nawet „Elementarne struktury pokrewieństwa”?). Ale „Rite of Passage” to przede wszystkim muzyka: dyskretna, analogowa elektronika, niestroniąca od beatów, okazjonalnie okraszona egzotycznymi samplami – miejscami zachęca do tańca, by zaraz osadzić słuchacza w postawie czujnego nasłuchiwania. Mirt dość świadomie unika tu efekciarstwa, stawiając na brzmieniową oszczędność i pewne stonowanie, co, w moim odbiorze, jest dowodem muzycznej dojrzałości twórcy.

Kończę wydawnictwem DVD z zapisem koncertu Brötzmannowskiego tentetu „Concert for Fukushima. Wels 2011” (PanRec/Trost Records 2013). Słynny Chicago Tentet pojawia się tu wzbogacony o czworo gości rodem z Japonii: Yoshihide Otomo, Akira Sakata, Toshinori Kondo i Michiyo Yagi, którzy pojawiają się kolejno – stając się wiodącymi solistami w następujących po sobie odsłonach koncertu, o ile oczywiście określenie „wiodący solista” znajduje jakiekolwiek zastosowanie w odniesieniu do kolektywnej improwizacji nadzorowanej przez Petera Brötzmanna. Trąbka (Kondo), koto (Yagi), saksofon (Sakata) i gitara (Otomo) stają się tu raczej kluczowymi punktami odniesienia lub punktami wyjścia dla zmasowanego ataku grupy instrumentalistów, którzy dawno już porzucili banalne wyobrażenia o tym, co pozostaje muzyczne, co zaś osuwa się w chaotyczną domenę hałasu. Oglądając ten koncert, przekonywałem się zresztą coraz bardziej, że używanie określenia muzyka w odniesieniu do poczynań Brötzmanna jest bezzasadne i nieużyteczne. Oto bowiem postaci na scenie zachowują się trochę jak figury z obrazu Boscha „Statek głupców”, trochę zaś jak armia zepsutych mechanicznych zabawek – podrygując nerwowo, trzęsąc instrumentami, tupiąc i skacząc komicznie. Zarazem zaś w tych pozornie absurdalnych gestach i działaniach przejawia się moc tak elementarna i zniewalająca, że każe mi wierzyć, iż obcuję nie z muzyką, lecz ze spontaniczną transmisją kosmicznej energii nieporównywalnie potężniejszej niż rozszczepiony atom, który „popsuł się” w elektrowni Fukushima.
Oto, co usłyszałem w roku 2013. I oby 2014 nie był gorszy!

czwartek, 5 grudnia 2013

Grzmoty z głębi


W jednym z moich ulubionych niezobowiązujących filmów przygodowych, „Trzynastym wojowniku” (reż. John McTiernan, 1999), relacjonującym – bardzo z grubsza – historię Beowulfa w formie komiksowych potyczek wikingów z chtonicznymi ludźmi-niedźwiedziami, pojawia się scena, w której bohaterowie błędnie rozpoznają głos nadciągającej burzy, biorąc za uderzenie gromu pogłos morskich fal rozbijających się o skały w ogromnych jaskiniach ukrytych po stromym urwiskiem. W ten sposób niepokojący grzmot – zwiastun burzy – dociera do nich nie z nieba lecz z głębi ziemi. Nie potrafiłem oprzeć się temu wspomnieniu, czytając krótki tekst Billa Fontany (w przygotowanej przez Caleba Kelly’ego antologii „Sound” – MIT Press 2011 – nie gorszej od wydanego po polsku zbioru „Kultura dźwięku”), traktujący o jego wczesnych instalacjach dźwiękowych, angażujących w estetyczną aranżację audiosfery dźwięki środowiska naturalnego. W jednym z pierwszych projektów Fontana nagrał bowiem – i następnie reprodukował w przestrzeni wystawienniczej jako rzeźbę dźwiękową – brzmienie nabrzeża Kirribilli w Sydney – pełnego pustych przestrzeni, rezonujących podczas niekończących się uderzeń morskich fal. Dwanaście lat później Fontana powrócił do tego pomysłu – tym razem jednak unikając pośrednictwa taśmy magnetycznej – transmitując bezpośrednio, „na żywo”, chwytane przez sieć mikrofonów dźwięki wybrzeża do galerii New South Wales w Sydney. Sam artysta określił ów projekt mianem „niekończącego się perkusyjnego performance’u” – rzecz jasna – w czasie rzeczywistym.

To, co brzmi pod stopami – rezonując dźwięki natury i cywilizacji – towarzyszy też narratorce „En Abime: Listening, Reading, Writing. An Archival Fiction” – Danieli Cascelli – być może najlepszej „opowieści o słuchaniu”, jaką czytałem w ostatnim czasie. Tym razem nie wybrzmiewa jednak pogłos australijskiego wybrzeża, lecz rezonans rzymskich katakumb, bohaterka spaceruje bowiem po Wiecznym Mieście, nasłuchując. Gdy wędruje po raz kolejny via Appia, uzmysławia sobie, że nieustannie towarzyszy jej echo dobywające się spod stóp, z głębi ziemi, z pustych korytarzy ciągnących się kilometrami pod łuszczącą się kamieniem skórą ulic, z porzuconych komór grobowych, spełniających po stuleciach, zgoła nieoczekiwanie, funkcję pudła rezonansowego dla skomplikowanego i subtelnego zarazem instrumentu, jakim jest Rzym. Jak zauważa Cascella, wszystkie dźwięki miasta – ruch uliczny, ptasi śpiew, ludzkie głosy – wracają na powierzchnię swoiście podwojone, wzbogacone o echo pochodzące od tych, którzy odeszli, zaznaczając swą obecność osobliwą głębią i pustką, która brzmi. Tak rodzi się dźwiękowa pamięć przestrzeni, wyczuwalna, bo przecież uchwytna uchem łowiącym głos podwojony przez echo zrodzone w grobowej ciszy. Któż zaś przybywa z tym echem…? Tu, rzecz jasna, rodzi się fantazjowanie. Przywodzi mi ono na myśl kiepski choć ciekawy film grozy Richarda Jefferiesa „Blood Tide” (1982) – opowieść o ukrytym na greckiej wyspie pradawnym „kulcie bestii” – domagającym się oczywiście krwawych ofiar w postaci dziewic. Rzecz byłaby banalna, gdyby nie fakt, że potwór – niby straszny lecz groteskowy – straszący raczej sterczącym fallusem niż skrwawionymi kłami – zostaje wywabiony z podmorskiej jaskini na powierzchnię grzmotami wybuchów, sprowokowanych przez nieostrożnych turystów, szukających legendarnego skarbu. Ten, kto przybywa z głębin – na odgłos gromu – może zatem nie zadowolić się, niczym rzymscy zmarli, podwojeniem głosu współczesności. Może też domagać się ofiary. Lub zapłaty…


Tytuł pożyczam – oczywiście parafrazując – od Wernera Herzoga.