Zaczyna się nieźle. Gdy
niemal spóźniam się na i tak spóźniony początek koncertów, pierwszą spotkaną
przeze mnie osobą jest Jean-Hervé Peron, rozparty wygodnie na
quasi-recyklingowej kanapie w obszernym hallu toruńskiego CSW. Chwilę po mnie
do gmachu wchodzi Z’EV. Peron wita go gromkim okrzykiem: „Are you ready for
rock and roll?”. „Rock and roll is my wife”, odpowiada bez wahania Z’EV. Czyli
atmosfera jest odpowiednia… Ma być rock and roll. I będzie!
W
sali kolumnowej na piętrze CSW publiczność zgromadziła się nie nazbyt obficie,
choć też nie przerażająco skromnie. Ogrom przestrzeni robi swoje. I może
dlatego początek wypada niezbyt efektownie, gdy z kąta sali dobiegają pierwsze,
elektroniczne dźwięki, które serwuje Arma, wspierany nieco dandysowskimi
wizualizacjami kosztownych bibelotów. Muzyka jest dość przyjemna i odrobinę
monotonna, po pewnym czasie troszkę nużąca – ale koncert jest przyzwoity,
pozostawiając raczej pozytywne wrażenie. Następnie na scenie instaluje się Pure
i prezentuje słuchaczom solidną porcję preparowanych dźwięków na pograniczu
dronu i hałasu z dyskretną pulsacją w tle. Słuchając tego koncertu, nie mogę
się oprzeć wrażeniu, że Pure gra jednak zbyt cicho – w najintensywniejszych momentach
jego brzmienie staje się zaledwie męcząco hałaśliwe, choć pewnie powinno
objawić się słuchaczom jako bolesne ukłucie. Może to jednak tylko moje
subiektywne odczucie. Po przerwie zjawia się Z’EV ze swym koncertem na bęben
solo (i zintegrowane z dźwiękiem wizualizacje). I muszę przyznać, że jest to
chyba najlepszy występ Z’EV-a, jaki kiedykolwiek obserwowałem. Perkusista
porusza się niemal wyłącznie w niskich, basowych rejestrach – wkraczając
ostrożnie w domenę monumentalnego transu, który nadchodzi łagodnymi,
rytmicznymi falami. Miło jest popatrzeć, jak stojąca i siedząca publiczność
zaczyna stopniowo kłaść się na matach rozłożonych w całej sali… Koncert kończy
się głębokimi dźwiękami perkusyjnych „superballs”, przypominającymi pomruki
wielkiego, uśpionego zwierzęcia. Czas na faustyczną legendę, Jeana-Hervé Perona
i jego anarcho-dadaistyczny show. Tym razem towarzyszą mu Tomek Chołoniewski na
perkusji i Zsolt Sores na obiektach elektroakustycznych. Występ zaczyna się
nieoczekiwanie zaproszeniem pań z portierni CSW, by szydełkowały w trakcie
koncertu tuż pod sceną – co, oczywiście, spotyka się z aplauzem widowni. A to
jeszcze nie koniec… Muzycy schodzą bowiem ze sceny i wędrują wśród
publiczności, częstując słuchaczy smakołykami z papierowych toreb. Czuję się
nagle jak na premierze którejś z Cage’owskich kompozycji. A Peron
nieoczekiwanie klęka przed nami i ofiarowuje zawiniątko, które okazuje się
wędzoną szprotką owiniętą w pergamin… Po chwili zaczyna się koncert. Otwiera go
monolog Perona o myślach wędrujących z umysłu do umysłu, i o tym, by nie
wierzyć słowom… Jest hałaśliwie, chaotycznie, rockowo. Muzycy żonglują
instrumentami, podrzucają je i gubią, panie szydełkują… Ze zgiełku wyłaniają
się nagle pulsujące rytmy znane doskonale z płyt Fausta i towarzyszą długim
melodeklamacjom Perona, utrzymanym w duchu ulicznej poezji rodem z paryskiego
maja ’68. Zajmuje mi chwilkę, nim orientuję się, że uczestniczę w koncercie
urzekającym i pięknym. Anarchia i hałas biorą w posiadanie kolumnową salę CSW.
Jest rock and roll! I nagle koniec… Zostaję z uczuciem drobnego niedosytu, że
zbyt krótko to trwało, ale… Zwieńczenie dnia było zjawiskowe. A to jeszcze nie
wszystko!
Oto
w przerwie między koncertami kręcący się po korytarzu, podekscytowany Peron
gryzmoli coś na ścianie galerii, wzbudzając natychmiast niepokój pracowników
CSW. Czarno-czerwone słońce zachodzi nad Toruniem. Anarchy in CSW! Przyznać
muszę, że to dość szczególna sytuacja, gdy artysta uprawiający swój fach w
Centrum Sztuki niepokoi jego opiekunów i administratorów… Sytuacja jest tym
śmieszniejsza, gdy rzecz ma miejsce w przestrzeni, w której w minionym roku
prezentowano prace Mariny Abramović i Yoko Ono. Czy do spoliczkowanej Abramović
wezwano by policję i karetkę pogotowia? Czyżbyśmy wracali do doby muzeów ze
szklanymi gablotami? Czy może działaniem artystycznym jest tylko to, które
zostało „zamówione przez wystawcę”?
I
jeszcze rzecz znamienna dla toruńskich inicjatyw kulturalnych: na sali prawie
wszyscy zgromadzeni dobrze się znają: cześć Janusz, cześć Krzysiu, cześć Darku,
cześć Malwina, cześć Justyna, cześć Basiu, cześć Aniu, cześć Rafały, nie ma
Ziemowita!? itd., itd. To oczywiście fajnie, bo na koncertach czuję się jak w
domu, jeśli następnym razem będzie cieplej – z pewnością przyjdę w kapciach i
przyniosę kakao. Trochę jednak szkoda, że nie ma napływu świeżej krwi – w
akademickim mieście szczycącym się kilkudziesięciotysięczną grupą studentów i
studenciaków. W tym miejscu przepraszam moich seminarzystów, których grupkę
dostrzegłem na sali! Nawiasem mówiąc, nie dostrzegłem za to dziennikarzy
lokalnej prasy – utyskujących nierzadko na zanik życia kulturalnego w mieście.
Nie uwierzę jednak, żeby mecz Polska – Ukraina był jakimkolwiek wytłumaczeniem,
zwłaszcza dla miłośników futbolu.
Dzień
drugi zaczyna się mocnym uderzeniem hałasu, podczas koncertu Yannicka Francka,
który od śpiewanego a cappella tematu szybko przechodzi w dziedzinę gęstego, elektronicznego
zgiełku, lejącego się z głośników pulsującą lawą. Przez chwilę faktycznie dość potężnie wiało, choć przyznać muszę, że
występ ten nie miał tak zdecydowanie somatycznego charakteru jak np. niedawny
krakowski program Kevina Drumma, który zafundował słuchaczom masaż stóp (i/lub
pośladków). Słuchając Francka – zwłaszcza w tej partii koncertu, gdy dynamika i
intensywność ekspresji zaczyna opadać, zastanawiam się czy w przypadku artystów
operujących hałasem rzecz nie sprowadza się nie do głośności lecz do czasu
trwania dźwiękowego ataku. W moim przypadku działa on bowiem tylko wówczas, gdy
okazuje się nagłym atakiem, ciosem pięścią w twarz – nie zaś przedłużającą się
kąpielą w zgiełku, formą sonicznego jacuzzi. Po Francku przed sceną zjawia się
Sudden Infant, by w ekscytującym performansie zaprezentować nieco freudowską
opowieść o traumie małego chłopca, który miał kłopoty ze snem. Tu hałas był
oszczędnie dawkowaną formą eksponowania dramaturgii narracyjnej i sprawdzał się
doskonale. Świetna historia (his story)
i znakomite wykonanie. Wreszcie nadchodzi Pierre Bastien (Adam Słodowy muzycznej awangardy) i odsłania swe małe
mechaniczne królestwo, w którym pokraczne urządzonka stukoczą, kręcą się i
wirują w swawolnym tańcu, grzechocząc figlarnie. Koncert Bastiena imponuje
kompozycją całości i precyzją wykonania. Przez moment mam nawet wrażenie, że
francuski konstruktor-kompozytor nadmiernie kontroluje całe przedsięwzięcie,
dbając pieczołowicie, by do zautomatyzowanego uniwersum nie wkradł się demon
przypadku. Ale to pewnie tylko złudzenie – wszak grają dla nas mechanizmy.
Proste rytmy, dźwiękowe pętle, filigranowe melodie i urzekające – realizowane w
czasie rzeczywistym – wizualizacje, w których obrazy maszyn rodem ze
szkicowników ilustratorów fantastyki w stylu retro splatają się z archiwalnymi
filmami o mniej lub bardziej egzotycznym charakterze. Wszystko to skutecznie
uwodzi publiczność. Wreszcie finałowy koncert tegorocznego CoCArtu – Theme, czyli
noise-rockowe granie na tradycyjnych instrumentach i udźwiękowionych
przedmiotach – z gościnnym udziałem Jeana-Hervé Perona i wokalistą miotającym
się po scenie niczym Jello Biafra w najlepszych latach. Jak dla mnie jednak –
zbyt długie, zbyt przewidywalne i, w efekcie, zbyt nijakie.
Tegoroczny toruński
festiwal muzyki eksperymentalnej był więc imprezą udaną pod względem
artystycznym, przeciętną pod względem frekwencji (choć drugiego dnia znacznie
się ona poprawiła – dobrze, że nie graliśmy z San Marino) i najoczywiściej
sympatyczną w sferze towarzyskiej. Za rok powitałbym z radością jeszcze większe
zróżnicowanie w sferze programowej – może np. z mniejszą dawką
postindustrialnego hałasu na rzecz jakichś innych form eksperymentowania z
dźwiękiem? Jak będzie – zobaczymy…
Co pisząc, wracam do
bębna…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz